"Rashômon" to bardzo dobry film i na tych słowach można by poprzestać, bo dalej powinny się już pojawić same kwieciste epitety. Ale ja mam z tym filmem pewien problem. Nie da się ukryć, że się jednak trochę zawiodłem... Po obejrzeniu arcydzieła, którym niewątpliwie jest "Rudobrody" i o którym ciężko napisać coś poza "wspaniały film", "piękna muzyka", "niesamowity klimat" itd., spodziewałem się kolejnego ARCYdzieła, a dostałem "tylko" bardzo dobry film o nazwie "Rashômon".
Oby tak każdy jeden reżyser zawodził mnie na ocenę 8, a zachwycał na 10. :-) Ocenę "Rashômona" obniżyły pewne sceny (moim zdaniem dość sztuczne), w których to postacie biegały po lesie, przewracając się co chwila i dziwnie skacząc. Ruchy te były zdecydowanie nienaturalne i choć zdaję sobie sprawę z tego, że miał to być swego rodzaju artyzm ze strony aktorów, mnie wcześniej wspomniane zachowanie raczej odrzuciło, niżeli przyciągnęło do filmu. Bardzo łatwo można zaobserwować podobieństwo tych scen, do całkiem sporej części filmu "Diabeł" Żuławskiego. W "Diable", było to notoryczne i nieco dla widza męczące, a przynajmniej dla mnie. Na szczęście w filmie Akiry Kurosawy sceny "biegania", pojawiły się zaledwie parę razy ale zdążyły obniżyć ocenę całego dzieła. Spodziewam się jednak, że po drugim obejrzeniu, ocena może wskoczyć na 9.
Na plus cała reszta. Praca kamery "lecącej za akcją" leśnych potyczek, czarno-biały obraz (kolorowy popsułby atmosferę średniowiecznej Japonii), gra aktorów (poza bieganiem i skakaniem;-)), świetny scenariusz: różne wersje tych samych zdarzeń wciągają widza tak mocno że 84-minutowy film zdaje się mieć tychże minut zaledwie 30. Do tego mocne przesłanie + bardzo przejmująca końcówka. Dobrze, że film kończy się w taki a nie inny sposób i pozostawia nadzieję, że człowiek (wilk) nie jest tak straszny, jak go malują.
Mnich opowiada swoją wersję wydarzeń:
Byłbym zapomniał o muzyce. Może Ennio Morricone stworzył kilka lepszych soundtracków od tego, ale gdyby był autorem muzyki do "Rashômon" z pewnością byłby z niej bardzo dumny. Fumio Hayasaka, który nie doczekał się nawet jednego tematu na filmwebie(;-)), wykonał świetną robotę.
Wysoki sądzie, ta Pani coś kręci:
Film zaczyna się w następujący sposób: pod bramą zniszczonej świątyni Rashômon, w strugach deszczu spotykają się drwal, mnich i przybłęda. Dwaj pierwsi opowiadają historię pewnego mordu, każdy na swój sposób a przybłęda uważnie się przysłuchuje. Nie są to jednak jedyne wersje zdarzeń z pewnego lasu, gdzie samuraj i jego żona, spotkali groźnego bandytę, mocno napalonego na piękną kobietę. Film ma szkatułkową kompozycję. W każdej z dwóch opowieści (mnicha i drwala), pojawiają się kolejne, które przedstawiają jednak nie inne historie połączone bohaterami (jak to zwykle bywa z kompozycją szkatułkową), a tę samą opowieść na zupełnie inny sposób, rewelacyjnie się uzupełniając. Bardzo podoba mi się taki szufladkowy sposób prowadzenia narracji. Prawdopodobnie pierwszy raz świadomie spotkałem się z czymś takim w jednym z tomów Sandmana pt. "Koniec światów". Do samego końca nie jesteśmy pewni, jak to naprawdę było z tym morderstwem.
Czy ten gość jest aż taki zły?
Zdecydowanie warto. TVP Kultura, przed każdym wyświetlanym filmem Akiry Kurosawy, głosi że "KINO JEST SZTUKĄ" a ja po każdym seansie reżyserskich popisów genialnego japończyka, jestem o tym w stu procentach przekonany.
Ps. We wtorek po 15. TVP Kultura wyemituje "Zbłąkanego psa" Kurosawy. Dla mnie pewniak.

0 komentarze:
Prześlij komentarz