Przede wszystkim jestem pełen uznania dla gry aktorów. I to nie tylko Roberta Więckiewicza czy Kingi Preis, ale dla wszystkich bez wyjątku. Nawet role epizodyczne (sprzedawczyni), lub drugoplanowe (dzieci) wypadły bardzo przekonująco. Szczególnie wyróżniłbym Agnieszkę Grochowską (np. scena masturbacji - przegenialna, może nawet lepiej od Portman w "Czarnym Łabędziu") i - wiadomo - Więckiewicza. Skubany dostał tak barwną postać do zagrania, że spieprzyć się tego nie dało. A aktor nie dość, że nic nie spieprzył, to jeszcze sporo dodał od siebie. Szczególne wrażenie robi jego mina, kiedy to prowadzi swojego ukraińskiego kumpla po kanałach i zaraz potem, jak świeci latarką po twarzach Żydów. A w jego wyrazie twarzy widać, że właśnie dokonuje wyboru...
Najlepszym elementem - który powinien być w tego typu filmach standardem (ale nie jest) - jest zachowanie oryginalnych języków i wprowadzenie napisów. Mamy germański, jidysz, bałak itd. Och, gdyby tak w każdym filmie, bohaterowie mówili po swojemu. A już gwara lwowska Sochy, to wydaje się majstersztyk. Ciekaw jestem, co mówią o tym filmie rodowici Lwowianie.
Ja kocham muzykę filmową i bardzo mi jej brakowało w tym filmie. Dopiero pod koniec słyszymy jakiś bardziej melodyczny utwór. W filmie jest tyle emocji, że widz nie potrzebuje dodatkowego bodźca do wywołania smutku a nawet płaczu, jednak byłbym wielce pocieszony, gdyby jakiś chwytający za serce utwór się pojawiał. Bo lubię. Mógłbym go potem słuchać jeszcze lata, po pierwszym seansie.
W filmie jest sporo seksu (ktoś go nazwał zwierzęcym), poród w ekstremalnych warunkach i niemało drastycznych zdarzeń. Zaraz zwierzęcy...jest jedna rewelacyjna scena z biorącą prysznic Grochowską i miłością, która po niej następuje i to sto procent miłość, nie jakieś tam instynkty. To naprawdę bardzo piękna i subtelna scena. Uroda aktorki też jest dokładnie taka - subtelna - więc niejeden widz ma w scenach z jej udziałem (głównie w tej) łzy w oczach i umiłowanie dla piękna w duszy.
Zdjęcia (już nagrodzone) są świetne. Szczególnie "na dole". Jest brud, są szczury, jest oświetlenie kanałów na tyle wyważone, aby film nie był ani za czysty/jasny (bo to kanały), ani też za bardzo ciemny (bo widz). Są piękne zbliżenia na Więckiewicza, który jednym małym napięciem mięśnia twarzy potrafi wyrazić odpowiednią dla danej sceny emocję. Akcja filmu dzieje się w dwóch światach. Jeden to kanały, gdzie ukrywają się Żydzi, drugi - życie prywatne Sochy na górze. Oglądając, naprawdę to wchodzimy to wychodzimy z kanału razem z Leopoldem Sochą. Ciemność kanałów i nagle rażące światło kolejnej sceny "u góry". I tak w kółko. Te rażące oczojebne przejścia z totalnej czerni w rażącą biel są celowe, abyśmy poczuli się jak główny bohater. Rewelacyjne rozwiązanie.
Podobno Holland trochę zakłamała historię Stefka. W filmie wyszedł na tchórza a w rzeczywistości pomagał Sosze do samego końca. Reszta w porządku. Na samym początku filmu jest taka scena, że Socha i Stefek idą przez las a za drzewami "miga" coś białego. I od razu dostajemy odpowiedź, której nie zdradzę, ale trzeba widzieć, że takie ukazanie tej sytuacji, wbiło w fotel.
Jeszcze raz usłyszę/przeczytam gdzieś, że film jest antypolski czy anty- (i tu wpisz dowolne słowo), to zwymiotuję własne jaja. Jest taki, jak ma być. Wszyscy są ludzcy. Wygłodniali Żydzi rzucają się na jedzenie i kochają się, kiedy mają ochotę na odrobinę bliskości (czasem jest to potrzeba czysto seksualna), Socha jest prostaczkiem - takim Polaczkiem - pełno w nim wiary w stereotypy, ale jest człowiekiem religijnym, więc w końcu się zmienia, Ukraińcy to niezła banda skurwysynów... Nie uważam, że bardzo ludzkie, czyli nazwijmy to naturalne zachowania powinny być uznawane za plus filmu. Ale tak jest w istocie, ponieważ w porównaniu z większością filmów o holocauście, nie ma tu podziału na dobrych i złych. Każdy ma wady i zalety. Np. Żydzi początkowo mocno wkurzają Sochę swoim zachowaniem, nie są takimi niewinnymi ofiarami, jak dajmy na to w Liście Schindlera. Ludzie mają być ludźmi i są nimi w obrazie Agnieszki Holland. Jedni mają taki charakter, inni taki. Standard.
"W ciemności" porównuje się na każdym kroku z wiadomym filmem Spielberga. Bardzo podobała mi się "Lista Schindlera" i choć nie znamy w 100% prawdziwej historii Schindlera (są różne opinie), to dziwie się, że ktoś uważa to za cukierkowy i wygładzony obraz jakiegokolwiek człowieka. Są tacy ludzie, którzy na pewno postąpiliby tak jak Schindler w oskarowym filmie. Jeśli on taki kryształowy nie był to nieładnie, że tak go wygładzili. Prawda historyczna, to chyba jednak podstawa. Film jest świetny, tak samo jak "W ciemności". Socha jest oczywiście bardziej wiarygodny od Oskara, bo takich jak on cwaniaczków jest na świecie trochę więcej niż stuprocentowych aniołów.
"W ciemności" trwa 2:20 a czas mija jak minut trzydzieści. Wciąga jak mało co. Pani reżyser postawiła na realizm, nie ma patosu i pieprzenia o tym, że ty jesteś zły, ty dobry, ten jest bohaterem a ten skurwielem. Żaden Niemiec nie gada po angielsku, Żydzi jadą w jidysz, Polacy z ulic Lwowa bałakiem . Na pewno film to trudniejszy w odbiorze, niż "Lista Schindlera" czy "Pianista". Tam nie ma stuprocentowo dobrej postaci. Film Agnieszki Holland jest rewelacyjny i w stu procentach oddał realia epoki. Być może to nawet arcydzieło, ale to stwierdzę (zapewne) po drugim seansie.






0 komentarze:
Prześlij komentarz